Czy rok 2026 to początek okresu ziemniaków i wideł ?
Wkraczamy w okres, w którym liczne problemy systemowe zderzają się ze sobą, zamiast rozwijać się pojedynczo, a tradycyjne słownictwo kryzysu wydaje się niewystarczające. Nakładające się na siebie konflikty, zacieśniające się rynki energii, kruche umowy społeczne, obciążenia długiem państwowym, które pozostawiają niewielkie pole manewru, oraz sektor rolny stojący na krawędzi idealnej burzy. To nie jest pojedynczy kryzys, którym mogłaby zarządzać jedna agencja. To polikryzys, który nadchodzi w momencie, gdy świat atlantycki jest prawdopodobnie najmniej przygotowany do reagowania. Instytucje, które powinny koordynować reakcję, są wydrążone. Zaufanie publiczne niezbędne do żądania wspólnych poświęceń zniknęło. Pozostaje krajobraz podzielonej władzy, wyczerpanych rezerw i społeczeństwa, które uważa, że ludzie u władzy nie rozumieją świata, którym mają rządzić.

Rolnictwo i żywność, bardziej niż kryzys energetyczny, który gości na pierwszych stronach gazet, mogą okazać się iskrą, która rozpali świat. Rosnące koszty nawozów i energii wraz z przewidywanym „Super El Niño” pod koniec tego roku, zakłócą cykle zbiorów na wielu kontynentach. Głód prawdopodobnie czeka wielu, którzy nigdy wcześniej go nie doświadczyli.
Dzieje się tak w sytuacji, gdy klasa polityczna w dużej mierze wyczerpała resztki wiarygodności, jaką (niewytłumaczalnie) jeszcze miała. Wskaźniki poparcia utrzymują się blisko historycznie niskich poziomów, a ten spadek rozprzestrzenia się ponad podziałami partyjnymi. Nie ma też żadnej wiarygodnej opozycji czekającej za kulisami. Stare machiny polityczne straciły kontakt z rzeczywistością, funkcjonując bardziej jako mafijne ekosystemy niż ciała przedstawicielskie. Partie polityczne działają poza lub ponad społecznościami, którym mają służyć, a rządzenie stało się ćwiczeniem w wewnętrznych podchodach, ale nie w rozwiązywaniu problemów. Tę próżnię wypełnił inny rodzaj waluty: networking, mecenat i umiejętność poruszania się po biurokratycznych korytarzach. Prawdziwe kompetencje, takie jak budowanie, utrzymywanie infrastruktury i rozumienie systemów materialnych, zostały zepchnięte na boczny tor. Rezultatem jest grupa liderów, którzy być może potrafią zarządzać relacjami wewnętrznymi i percepcją wirtualną, ale są całkowicie niezdolni do zarządzania rzeczywistością materialną.
Ta przepaść między zarządzaniem a materialnością jest głęboka. Wielu dzisiejszych liderów wyrosło w środowisku ukształtowanym przez logikę MBA, gdzie sukces mierzy się kwartalnymi raportami, prezentacjami i zoptymalizowanymi arkuszami kalkulacyjnymi. W tym świecie problem rozwiązuje się poprzez przydzielenie budżetu, przemianowań inicjatyw lub restrukturyzację schematu organizacyjnego. Ale linie w arkuszu Excela nie są rzeczywistością. Piksele na ekranie nie wyhodują pszenicy, nie naprawią transformatora ani nie nawożą ziemi. Zwiększenie budżetu na bezpieczeństwo żywnościowe na nic się nie zda, jeśli zabraknie agronomów, sieci transportowych i energii do obsługi systemów nawadniających. Nie da się zarządzać materialnym niedoborem za pomocą instrumentu finansowego. A jednak to właśnie na takich narzędziach wyszkolono tak wielu decydentów. Rezultatem jest klasa rządząca, która potrafi płynnie mówić o strategii, pozostając jednocześnie zdezorientowana, gdy port się zakorkuje, zbiory nie przyniosą plonu lub sieć szwankuje.
Erozja wiedzy praktycznej przenosi się na edukację. Absolwenci coraz częściej kończą szkołę bez podstawowych umiejętności, a liczba studentów kierunków ścisłych (STEM) spadła w dużej części cywilizacji atlantyckiej. Tymczasem kraje takie jak Iran produkują obecnie tyle samo absolwentów kierunków ścisłych, co Stany Zjednoczone. To nie tylko statystyka. To sygnał zmiany w tym, kto będzie posiadał wiedzę techniczną niezbędną do utrzymania złożonych społeczeństw. Jednocześnie system prawny jest wciągany w walkę polityczną. Walka prawna jest obecnie normalnością zarówno w Ameryce, jak i w Unii, służy bowiem do nękania oponentów, opóźniania wdrażania polityki i wyczerpywania adwersarzy. Taka taktyka dyskredytuje wymiar sprawiedliwości i sprzyja eskalacji, zmieniając sądy w kolejny front w wojnie kulturowej, a nie neutralnego arbitra. Pomimo walki prawnej, niektóre osoby dojdą do władzy – Trump jest tego najlepszym przykładem. I należy się spodziewać, że ci, którzy byli prześladowani lub oskarżani (w zależności od punktu widzenia) w przeszłości, będą stosować podobne taktyki w przyszłości. To nie jest dobry prognostyk dla sprawowania władzy w przyszłości.
Zaufanie uległo erozji również gdzie indziej. Krajobraz medialny rozpadł się na konkurujące ze sobą obozy propagandy, z których każdy rości sobie prawo do autorytetu, tracąc jednocześnie zaufanie odbiorców, których rzekomo informuje. Ludzie wycofali się do niezależnych ekosystemów informacyjnych, co sprawia, że ustalenie wspólnej rzeczywistości jest praktycznie niemożliwe. Kiedy instytucje medialne, którym niegdyś powszechnie ufano, przedstawiają jako fakty rzeczy, które jednym kliknięciem lub dwoma mogą okazać się fałszywe lub wysoce mylące, traci się wszelką wiarygodność. Bez porozumienia co do podstawowych faktów skoordynowane działania stają się niewyobrażalnie trudne.
Tymczasem stagnacja gospodarcza i upadek przemysłu pogłębiły przepaść między osobami bezpiecznymi a niepewnymi. Ubóstwo i nierówności osiągają szczyty pokoleniowe. Rekordowy poziom zadłużenia oznacza, że stara droga ucieczki, jaką było wydawanie pieniędzy, by wyjść z kłopotów, jest w dużej mierze zamknięta. Ale nawet gdyby pieniądze były dostępne, zasadniczy problem pozostaje: pieniądze nie zastąpią towaru. Lider nauczony postrzeganiem pieniędzy jako dźwigni, może nie pojąć, że nie można zakupić towaru, który po prostu nie istnieje. Jeśli fabryka nawozów jest wyłączona z użytku, jeśli wykwalifikowani technicy przeszli na emeryturę, jeśli energia do produkcji jest niedostępna, żaden bodziec fiskalny ich nie wytworzy. Podczas gdy kryzys taki jak w 2008 roku, miał charakter finansowy, a dziś jego podłoże jest materialne.
Powyższe rodzi brutalne pytanie. Jak poradzić sobie ze złożonym kryzysem, skoro nie można się nawet zgodzić co do jego istoty, nie mówiąc już o tym, kto powinien kierować reakcją? Ofiary są nieuniknione. Łańcuchy dostaw będą ograniczane. Poziom życia spadnie. Trzeba będzie dokonać trudnych wyborów dotyczących alokacji. Jednak tradycyjna droga demokratycznego konsensusu, gdzie przywódcy tłumaczą zagrożenie i znaczna część społeczeństwa zaakceptuje przejściowe trudności, aby wszyscy wspólnie poszli naprzód, jest po prostu nieosiągalna. Zaufanie niezbędne do zawarcia takiej umowy społecznej zostało wyczerpane. Oczekiwanie jedności w tych warunkach jest nie tylko naiwne. Odciąga to uwagę od pracy, która faktycznie musi zostać wykonana.
Jeśli konsensus jest niemożliwy, ponieważ narzędzia inżynierii finansowej nie potrafią wyczarować materialnej wytwórczości, a od osób zarządzających nigdy nie wymagano wykazania się kompetencjami wykraczającymi poza zarządzanie masową percepcją, to co pozostaje? Pozostajemy pod wpływem ostrych nacisków i klasą rządzącą, której brakuje wiarygodności, umiejętności i wspólnego, faktycznego fundamentu, aby im sprostać. Polikryzys nie czeka na odbudowę naszych instytucji. Postępuje on według własnej struktury. Pierwsze pytanie nie dotyczy sposobów jego rozwiązania. Pytanie brzmi, od czego zacząć, aby się z nim zmierzyć, skoro zawiodły mechanizmy zbiorowego podejmowania decyzji. Konieczne będą poświęcenia, ale tylko wtedy, kiedy zdecydujemy, co, kto i gdzie, i to w sytuacji braku zgodności co do tego, co jest realne i kto ma prawo pytać?
W 2008 roku prezydent Obama wypowiedział słynne słowa do grupy prezesów instytucji finansowych „zbyt dużych, by upaść”, mówiąc: „Jestem jedyną przeszkodą między wami a widłami”. Tym razem nie ma nikogo i niczego, co mogłoby stawić czoła widłom, gdyby zaszła taka sytuacja.
Czy rok 2026 to wreszcie rok wideł Obamy? Tymczasem powinniśmy je wykorzystać do sadzenia ziemniaków, bowiem mogą się przydać następnej zimy.
Ashes of Pompeii
źródło: Ron Paul Institute

