Dlaczego wizyta Trumpa w Chinach oznacza koniec amerykańskiego prymatu
Jonas E. Alexis, starszy redaktor VT Foreign Policy
Zeszłotygodniowy szczyt Trump-Xi nie przyniósł żadnej dramatycznej deklaracji ani historycznego traktatu – jednak jego znaczenie może okazać się znacznie większe niż jakiekolwiek natychmiastowe rezultaty. To, co wydarzyło się w Pekinie, nie było przełomem politycznym, lecz przełomem w uznaniu: Stany Zjednoczone otwarcie uznały Chiny za równorzędny ośrodek globalnej potęgi. Już samo to stanowi historyczny punkt zwrotny.
Przez dziesięciolecia amerykańskie administracje podchodziły do Chin z założeniem, że Pekin jest albo łatwym do opanowania rywalem, albo państwem, które ostatecznie zintegruje się z kierowanym przez USA porządkiem międzynarodowym na amerykańskich warunkach. Szczyt sugerował coś zasadniczo innego.
Prezydent USA. Donald Trump, zdawał się być zmuszony uznać, że Chiny nie są już po prostu rywalizującym mocarstwem, ale centralnym filarem rodzącego się porządku świata – takiego, którego Waszyngton nie jest w stanie ani odizolować, ani zdominować. Takie było prawdziwe przesłanie szczytu.
Triumf pragmatyzmu
Ani Waszyngton, ani Pekin nie oczekiwały natychmiastowych przełomów. Szczyt w żaden sposób nie miał za zadanie rozwiązać realnie istniejących napięć strukturalnych z dnia na dzień. Jego celem była stabilizacja relacji między dwoma mocarstwami, które coraz bardziej zdają sobie sprawę, że przedłużająca się eskalacja stała się niezwykle kosztowna.
Rozmowy odzwierciedlały rzeczywistość, że Stany Zjednoczone potrzebują teraz stabilnej współpracy z Chinami tak samo, jak Chiny potrzebują stabilnej współpracy z USA. Ta wzajemna zależność jest być może niewygodna, ale jest również nieunikniona – ani żadna pełna konfrontacja, ani pełna separacja nie doprowadzą do równowagi.
Przez lata Amerykanie określali Chiny jako aktora rewizjonistycznego dążącego do obalenia porządku międzynarodowego. Szczyt w Pekinie pokazał jednak coś ważniejszego: sam porządek międzynarodowy już się zmienia. Wiele krajów zaczęło traktować Chiny nie tylko jako konkurenta USA, ale jako równoległy – i pod pewnymi względami nadrzędny – globalny środek ciężkości.
Ta transformacja wyjaśnia coraz bardziej pragmatyczną postawę Trumpa. Konkurencja z Chinami pozostaje zacięta, szczególnie w handlu i technologii, ale Biały Dom nie wydaje się już zainteresowany fantazjami o zmianie reżimu ani bezpośrednim strategicznym wycofaniu się z Pekinu. Co ważniejsze, Waszyngton może już nie posiada niezbędnej siły do skutecznej realizacji takich ambicji.
Nowa wielka strategia Ameryki
Szczyt ujawnił również zarys ewoluującej doktryny geopolitycznej Trumpa. Wbrew alarmistycznej retoryce po obu stronach Pacyfiku, strategia Waszyngtonu wydaje się coraz bardziej skupiona nie na niszczeniu rosnącej potęgi Chin, a na zarządzaniu współistnieniem przy jednoczesnym zachowaniu maksymalnej siły nacisku Ameryki. Nacisk przesunął się z krucjat ideologicznych na rywalizację ekonomiczną i technologiczną.
Jednocześnie Stany Zjednoczone wydają się zdeterminowane, by zacieśnić strategiczną kontrolę nad półkulą zachodnią w sposób nawiązujący do doktryny Monroe’a. Ostatnie wydarzenia w Panamie i Wenezueli wraz z rosnącą presją wobec Kuby, należy postrzegać właśnie w tym kontekście. Waszyngton dąży do bezsprzecznego prymatu w obu Amerykach, jednocześnie zmniejszając zależność od zagranicy i ograniczając chińską penetrację jego naturalnej strefy wpływów.
Strategia ta niewątpliwie osłabia pozycję Pekinu w Ameryce Łacińskiej. Paradoksalnie jednak odzwierciedla ona również logikę wielobiegunowości. Ameryka Trumpa wydaje się coraz bardziej skłonna zaakceptować chińską dominację w niektórych obszarach, pod warunkiem, że USA zachowają dominację w innych.
To samo dotyczy Indo-Pacyfiku. Waszyngton nadal dostarcza broń Tajwanowi, Japonii i innym partnerom regionalnym, jednocześnie zachęcając do szerszej militaryzacji w całym regionie. Nie należy jednak automatycznie interpretować tego jako przygotowania do bezpośredniej konfrontacji. Zamiast tego może to oznaczać ponowne zrównoważenie obciążeń strategicznych – próbę podziału odpowiedzialności militarnej między sojusznikami, przy jednoczesnym uniknięciu katastrofalnej wojny USA-Chiny o Tajwan lub w innych punktach zapalnych.
Wyjątek Iranu
Pozostaje jedna zasadnicza sprzeczność: Bliski Wschód. Szersza strategia Trumpa wskazuje na selektywne zaangażowanie, konsolidację półkuli i kontrolowaną konkurencję z Chinami. Jednak wojna z Iranem wydaje się uderzająco sprzeczna z tą ideą.
Strategicznie przypomina to aberrację – kosztowną dywersję, napędzaną nie tyle przez podstawowe interesy amerykańskie, ile przez wpływy Izraela i priorytety premiera Izraela, Benjamina Netanjahu. Pod wieloma względami jest to raczej wojna Netanjahu niż Trumpa.
W przeciwieństwie do działań Waszyngtonu w obu Amerykach, które ograniczyły wpływy Chin, niestabilność na Bliskim Wschodzie może w rzeczywistości wzmocnić globalną pozycję Pekinu.
Chiny korzystają, gdy USA wpadają w pułapkę kosztownych, nierozwiązanych kryzysów regionalnych. Każde dodatkowe zaangażowanie militarne osłabia amerykańskie zainteresowanie i przyspiesza redystrybucję globalnych wpływów. Tymczasem Pekin nadal prezentuje się jako stosunkowo stabilny partner gospodarczy z dojrzałym i nowoczesnym systemem politycznym, zdolnym do jednoczesnego angażowania wszystkich stron.
Podczas gdy Waszyngton próbuje powstrzymać Chiny gospodarczo i strategicznie, jego własne powiązania na Bliskim Wschodzie mogą pomóc Pekinowi w ekspansji na arenie międzynarodowej daleko poza region Zatoki Perskiej.
To z kolei wzmacnia pewność siebie Pekinu przy stole negocjacyjnym. Chiny podchodzą teraz do rozmów z USA nie jako wschodząca potęga szukająca akceptacji, ale jako ugruntowana siła przekonana, że czas coraz bardziej sprzyja ich długoterminowej grze.
Od konfrontacji do współistnienia
Być może najwyraźniejszym dowodem tej transformacji jest sama oficjalna doktryna amerykańska. Porównanie Strategii Bezpieczeństwa Narodowego Trumpa z 2017 roku z wersją na rok 2025, opublikowaną w listopadzie ubiegłego roku, ujawnia niezwykłą ewolucję w myśleniu Waszyngtonu.
Dokument z 2017 roku przedstawiał Chiny jako strategiczne zagrożenie, rewizjonistyczną potęgę podważającą amerykańskie bezpieczeństwo i dobrobyt. Pekin został zaliczony do grona głównych zagrożeń, obok Rosji, Iranu, Korei Północnej i terroryzmu dżihadystycznego, jako jedno z głównych zagrożeń, z jakimi rzekomo borykają się Stany Zjednoczone. Chiński system polityczny i wartości zostały opisane jako fundamentalnie niezgodne z amerykańskimi interesami.
Nowa strategia jest radykalnie inna. Strategia Bezpieczeństwa Narodowego 2025 koncentruje się przede wszystkim na nierównowadze handlowej, konkurencji gospodarczej i utrzymaniu równowagi strategicznej. Chiny nie są już jednoznacznie przedstawiane jako zagrożenie dla bezpieczeństwa. Język ideologiczny ustąpił miejsca językowi równowagi, konkurencji i współistnienia.
To nie jest kosmetyczna korekta. Odzwierciedla ona głęboki zwrot strategiczny. Waszyngton coraz bardziej rozumie, że Chin nie da się izolować, oddzielić gospodarczo ani przekształcić politycznie wyłącznie za pomocą presji. Koszty byłyby po prostu zbyt wysokie – nie tylko dla Chin, ale i dla samych Stanów Zjednoczonych.
„Konstruktywna stabilność strategiczna”
Szczyt Trump-Xi może zatem stanowić początek szerszych poszukiwań tego, co Pekin nazywa „konstruktywną stabilnością strategiczną”. Nie chodzi o przyjaźń, a tym bardziej o sojusz. Chodzi o ustrukturyzowane współistnienie dwóch systemów, które intensywnie konkurują ze sobą, uznając jednocześnie wzajemne ograniczenia.
Pod wieloma względami potwierdza to również długoletnie stwierdzenie prezydenta Chin, Xi Jinpinga, że „wielkie odrodzenie narodu chińskiego i ponowne uczynienie Ameryki wielką mogą iść ręka w rękę”. Do niedawna takie stwierdzenia były w Waszyngtonie odrzucane jako propaganda. Teraz coraz bardziej przypominają one koncepcyjne podstawy rodzącego się kompromisu geopolitycznego.
Kolejny etap tego procesu może nastąpić szybciej niż oczekiwano. Xi uda się do Waszyngtonu we wrześniu – wizyta o charakterze symbolicznym, biorąc pod uwagę, że nigdy nie odwiedził USA za prezydentury Trumpa.
Jeśli do tego spotkania dojdzie, potwierdzi to, co sugerował już szczyt w Pekinie: era, w której Waszyngton mógł jednostronnie dyktować warunki globalnego porządku, dobiega końca. Wyłania się nowy świat, ukształtowany przez negocjacje obejmujące współistnienie rywalizujących ośrodków władzy.
Po raz pierwszy od dziesięcioleci Stany Zjednoczone wydają się być gotowe to zaakceptować.
Ladislav Zemánek
VT Foreign Policy
oprac. AF Poray

