slide 1

PATRICK LAWRENCE: Historia zawróciła w Pekinie

Andrzej Jędrzejewski włącz .

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Mówienie, że niewiele się wydarzyło podczas dwóch dni Trumpa w stolicy Chin, jak wielu ludzi zdaje się uważać, oznacza nie dostrzeganie lasu za drzewami.

Jak wyrafinowani są Chińczycy, jak delikatne są ich gesty, po dwóch tysiącleciach doświadczenia w sztuce rządzenia i dyplomacji. Potrafią powiedzieć wizytującemu dygnitarzowi wysokiej rangi, że relacje się zmieniły – a wraz z relacjami – porządek świata – jeszcze przed wylaniem lapsang souchong.

Donald Trump został potraktowany w pełni. Było to widoczne, gdy tylko w zeszły czwartek zszedł po schodach Air Force One, aby rozpocząć dwudniowy szczyt z Xi Jinpingiem. Chiński przywódca nie pojawił się na lotnisku, aby powitać amerykańskiego prezydenta: Xi pozostawił to dzieciom z flagami na kijach i swojemu wiceprezydentowi, mało znanemu Han Zhengowi.Patrick Lawrence historia zawrcia w Pekinie

Nic nie powiedziano, a wiele powiedziano: to dobrze znany element chińskiego repertuaru dyplomatycznego.

Kiedy Trump przybył do Wielkiej Hali Ludowej chwilę później, semiologia była jeszcze bardziej oczywista: Xi stał w oddali, nie robiąc żadnego ruchu, podczas gdy Trump kroczył ku niemu w swoim typowym pochyleniu, pochyleniu zmęczonych. Oto, warte uwagi, nagranie CBS News z tego wydarzenia.

Chiński sposób postępowania z protokołem, trzeba podziwiać.

Stwierdzenie, że niewiele się wydarzyło podczas dwóch dni Trumpa w stolicy Chin, jak wielu ludzi zdaje się uważać, oznaczałoby nie widzieć lasu za drzewami. Od przyjazdu Trumpa aż do ich pożegnalnego piątku chiński przywódca dawał Trumpsterowi do zrozumienia – bez przesady – że przywódca tego, co niektórzy wciąż uparcie nazywają „wolnym światem”, nie jest już przywódcą świata.


Tak właśnie interpretuję to, co wydarzyło się w Pekinie w zeszły czwartek i piątek.

W wielkich ruchach historii nowożytnej władza zazwyczaj przesuwała się na zachód – z imperialnych Chin do Europy, a następnie przez Atlantyk i dalej przez kontynentalne Stany Zjednoczone.

Transpacyficzny dryf był widoczny od jakiegoś czasu. Xi wybrał ten moment, aby poinformować 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych, że przesunięcie władzy jest już procesem nieodwracalnym i nadszedł czas, aby każda ze stron zajęła swoje miejsce w nowym porządku.

Czas Pekinu wcale mnie nie dziwi. Po roku i kilku latach drugiej kadencji Trumpa on i jego gabinet nieudaczników okazali się skrajnie niepoważni w kwestii utrzymania choćby pozorów globalnego porządku.

Na długo przed pojawieniem się Trumpa, Chińczycy, podobnie jak Rosjanie, zaczęli postrzegać Stany Zjednoczone i ich „porządek oparty na zasadach” jako niepokojące zagrożenie dla stabilnych stosunków międzynarodowych. Bezprawie i agresja Trumpa II skłoniły Pekin w końcu do interwencji, jak dotąd za pomocą sztuki rządzenia, przeciwko regresowi świata w stan chaosu sprzed wieków.

 Wycofanie się z polityki jednych Chin

W stosunkach dwustronnych, od czasów prezydentury Bidena, Waszyngton podejmuje ciągłe działania mające na celu aktywne hamowanie chińskiego postępu technologicznego, a także – również od czasów prezydentury Bidena – stopniowe wycofywanie się Stanów Zjednoczonych z zobowiązań podjętych w 1979 roku, kiedy to administracja Cartera przyjęła politykę jednych Chin i przeniosła uznanie z Tajpej na Pekin.

Wielokrotna sprzedaż broni na Tajwan – ponad 30 razy za rządów Trumpa I, Bidena i Trumpa II – nieustanne rejsy Marynarki Wojennej USA w ramach „wolności żeglugi” przez Cieśninę Tajwańską; prowokacyjne wizyty na wyspie osób mających fobię na punkcie Chin, takich jak Nancy Pelosi; powtarzające się zapewnienia, Joe Bidena, że ​​Stany Zjednoczone będą militarnie bronić Tajwanu; milczące, choć niewypowiedziane, poparcie dla ruchu niepodległościowego: Pekin ma już dość, a Xi – z kolejną transakcją sprzedaży broni USA o wartości 14 miliardów dolarów w toku – powiedział to Trumpowi, gdy tylko zasiedli do rozmów w zeszły czwartek, ponieważ był to pierwszy punkt wspólnych obrad.

To oczywiście nie jest nowa wiadomość. Tajwan jest terytorium chińskim, tak jak Long Island jest amerykańskie. Jakże irytujące musi to być dla Chińczyków, gdy urzędnicy amerykańscy i media, które im służą, nieustannie powtarzają frazę: „Tajwan, który Chiny roszczą sobie jako swoje terytorium”.

Jednak szybkie, ostre ostrzeżenie Xi skierowane do Trumpa w zeszłym tygodniu było, moim zdaniem, wyjątkowo groźne – wypowiedziane z mocą, niczym jasno oznajmiło: Gra skończona. Oto jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych zacytowało Xi w swoim komunikacie z pierwszego dnia spotkania z Trumpem:

„Kwestia Tajwanu jest najważniejszą kwestią w relacjach chińsko-amerykańskich. Jeśli zostanie odpowiednio potraktowana, stosunki dwustronne będą cieszyć się ogólną stabilnością. W przeciwnym razie oba kraje będą się mierzyć ze starciami, a nawet konfliktami, co poważnie zagrozi całej relacji”.

To był w zasadzie wykład i Xi najwyraźniej tak to właśnie planował. Uderzające jest, jak szybko Trumpster wycofał się z wszelkich „salami slicing” (metoda plasterków salami) ostatnich lat. Oto jego wypowiedź w wywiadzie dla Fox News wyemitowanym w Pekinie w zeszły piątek:

„Nie zależy mi na tym, żeby ktoś się usamodzielnił, a wiecie, mamy przejechać 9500 mil, żeby stoczyć wojnę… Nie zależy mi na tym. Chcę, żeby ochłonęli. Chcę, żeby Chiny ochłonęły. Nie szukamy wojen i jeśli utrzymamy obecny stan rzeczy, myślę, że Chiny się z tym pogodzą”.

Nie pojmuję, jak można przejść od tego stwierdzenia do stwierdzenia, że ​​w Pekinie nic się nie wydarzyło. To sprowadza stanowisko USA z powrotem do stanowiska Jednych Chin (lub prawie) i w praktyce uznaje stosunki w Cieśninie Tajwańskiej za kwestię wewnętrzną – którą oczywiście taką są, jako pozostałość po wojnie domowej sprzed 1949 roku między armiami komunistycznymi i nacjonalistycznymi.

To prawda, Xi słuchał Trumpa rozprawiającego o kwestii Tajwanu i życzmy Chinom powodzenia w tej sprawie. Prawdą jest również, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż Trump z powodów politycznych będzie zmuszony podpisać umowę zbrojeniową o wartości 14 miliardów dolarów, o którą teraz walczą antychińskie jastrzębie.

Oto dobry przykład. W tym samym wywiadzie dla Fox News, Trump, został zapytany, czy zamierza podpisać umowę sprzedaży broni, a on odpowiedział: „Nie, wstrzymuję się z tym. To dla nas bardzo dobry argument negocjacyjny, szczerze mówiąc”. Cóż, to tyle na temat pilności dostarczenia tych wszystkich pocisków i systemów obrony powietrznej.

Postawiona w Pekinie kwestia Tajwanu prowadzi mnie do takich wniosków. Pozycja uległa znaczącej zmianie. Dostawy broni, wizyty w Kongresie, rejsy marynarki wojennej przez Cieśninę Tajwańską: odtąd, po Pekinie, wszystko to będzie sprowadzać się do reklamowych działań i niczego więcej.

Jastrzębie antychińskie na Kapitolu i w innych częściach Waszyngtonu mogą wysuwać najróżniejsze polityczne imperatywy, ale szanse, że Stany Zjednoczone kiedykolwiek wypowiedzą wojnę Pekinowi w obronie Tajwanu, są znikome, chociaż podżegacze wojenni będą się przy swoim upierać.

Mówię to z dwóch powodów. Po pierwsze, Trump najwyraźniej uznał za przekonujące surowe słowa zawarte w ostrzeżeniu Xi dotyczącym Tajwanu i absolutnie słusznie. Czerwona linia Pekinu właśnie stała się jeszcze bardziej czerwona.

Po drugie, pewność siebie, z jaką Xi rozmawiał z Trumpem – na ten i wszystkie inne tematy – można odczytać jako miarę tego, jak niewątpliwa jest równowaga sił – zarówno dwustronna, jak i globalna – przesunęła się na korzyść Chin.

 Pogląd Chin na wojnę USA z Iranem

Spośród innych kwestii omawianych przez Xi i Trumpa, najpilniejszą była opinia Pekinu na temat wojny z Iranem. Trump uciekł się tu do kłamstw i przeinaczeń, aby stworzyć wrażenie, że wyciągnął coś od Chińczyków w tej kwestii.

Francuzi powinni wymyślić nowe określenie dla tego faceta: To zatwardziały kłamca.

Oto komunikat Białego Domu opisujący chińskie stanowisko w sprawie Cieśniny Ormuz:

„Prezydent Xi jasno wyraził również sprzeciw Chin wobec militaryzacji Cieśniny i wszelkich prób pobierania opłat za jej użytkowanie, wyrażając zainteresowanie zakupem większej ilości amerykańskiej ropy, aby zmniejszyć zależność Chin od Cieśniny w przyszłości”.

Bzdura. Xi jasno wyraził, że opowiada się za „otwartą” Cieśniną, ale nie wspomniał nic o „militaryzacji” ani „opłatach za korzystanie z niej” i najwyraźniej nawet nie wspomniał o zakupie większej ilości amerykańskiej ropy, aby zastąpić 40% importu, który zazwyczaj pochodzi z Zatoki Perskiej.

Oto Trita Parsi, wiceprezes wykonawczy Instytutu Quincy, piszący w piątek w biuletynie Responsible Statecraft:

„W oparciu o moje rozmowy z chińskimi dyplomatami, „otwartość” dla Chińczyków oznacza tylko tyle, że ​​przez Cieśninę będą przepływać statki. Ropa naftowa, gaz i towary przez nią mają płynąć. Pieniądze przepływają z rąk do rąk. Handel zwycięża.

Nie oznacza to, że nie może istnieć mechanizm, w którym państwa regionalne pobierają opłatę za tranzyt. Nawet po uiszczeniu opłaty ropa nadal może płynąć. To blokada [jak w obecnych działaniach Stanów Zjednoczonych] utrzymuje Cieśninę zamkniętą – a nie opłata.

Chociaż [Chińczycy] zrozumiale wolą, aby w ogóle nie było opłat, pojawiają się propozycje, na które Chińczycy są otwarci. Mogą na przykład zaakceptować regionalny mechanizm, który pobiera opłatę za zarządzanie środowiskiem. To znaczy faktura za usługę, która nie jest postrzegana jako haracz”.

Warto w tym kontekście odnotować, że chińskie statki regularnie przepływały przez Cieśninę, odkąd Iran przejął nad nią kontrolę (a Marynarka Wojenna USA nie odważyła się ich zatrzymać). Warto również przypomnieć, że po tym, jak Departament Skarbu USA nałożył sankcje na chińskie rafinerie, które otrzymują irańską ropę naftową do przetworzenia, Pekin polecił im zignorować tę najnowszą amerykańską awanturę o eksterytorialne nadużycia.

Co ciekawsze, propozycje, o których wspomniał Parsi, są już rozpowszechniane. Agencja Reuters poinformowała w sobotę, że Iran ma przedstawić „mechanizm” zarządzania ruchem przez Cieśninę. Cytuje, Ebrahima Aziziego, przewodniczącego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego w irańskim Madżlisie, który stwierdził, że przepływ będzie dozwolony wyłącznie dla statków „współpracujących z Iranem” i że będą one obciążane „opłatami za usługi specjalistyczne”.

Warto zauważyć, że Iran nie planuje pobierania „opłat drogowych”.

„Oba kraje zgodziły się, że Iran nigdy nie będzie mógł posiadać broni jądrowej” – czytamy w części komunikatu Białego Domu opisującej wymianę zdań między Xi a Trumpem na temat programów nuklearnych Republiki Islamskiej.

Nawet biorąc pod uwagę szorstkość Trumpa i jego ludzi, zdarzają się chwile, w których nie mogę uwierzyć w ich odwagę. Powyższe stwierdzenie jest po prostu nieprawdziwe.

Tak, Chiny są sygnatariuszem Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej z 1970 roku, przystępując do niego w 1992 roku. Chiny były również częścią grupy „P-5+1”, sześciu państw, które wynegocjowały porozumienie z 2015 roku ograniczające irańskie dążenia nuklearne. Nie ma wątpliwości co do stanowiska Pekinu w kwestii proliferacji.

Ale Pekin również wie wszystko o odstraszaniu. Chiny rozpoczęły własne badania nuklearne w połowie lat 50., gdy Stany Zjednoczone otwarcie i aktywnie sprzeciwiały się nowej Republice Ludowej. W momentach krytycznych – w latach 1954 i 1958, gdy napięcie wokół Tajwanu było wyjątkowo wysokie – prezydent Dwight Eisenhower rozważał użycie broni jądrowej przeciwko Chińczykom. Sześć lat później, w 1964 roku, Chiny zbudowały swoją pierwszą bombę.

Dlaczego nie odczytać komunikatu chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych po szczycie w sprawie kwestii nuklearnej w tym kontekście:

„Konflikt, który nigdy nie powinien się wydarzyć, nie ma powodu, aby nadal trwał. Ważne jest, aby utrzymać tempo łagodzenia sytuacji, podążać drogą politycznego rozwiązania, angażować się w dialog i konsultacje oraz osiągnąć porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego i innych kwestii, uwzględniające obawy wszystkich stron”.

W tym oświadczeniu należy zwrócić uwagę na kilka kwestii:

 Po pierwsze, nie mówi ono nic o tym, czy Iran powinien, czy nie powinien w tym momencie opracować bomby. Jedynym sposobem, w jaki Biały Dom Trumpa mógłby zinterpretować wymianę zdań między Xi a Trumpem, byłoby jej rażące przeinaczenie.

 Po drugie, to dobry przykład chińskiego podejścia do dyplomacji. Potępia Stany Zjednoczone za rozpoczęcie wojny, ale nie ma w tym ani krzty potępienia.

Wreszcie, znów przybiera formę wykładu, w którym stabilna potęga niemal grozi palcem komuś, którego bezprawie i nieodpowiedzialne postępowanie wymaga pouczenia – mądrzy ganią głupich, o ile to nie za dużo powiedziane.

Xi i Trump rozmawiali o innych sprawach podczas swoich spotkań w zeszłym tygodniu – handlu, inwestycjach, handlu narkotykami. Jedyny sukces Trumpa jaki może się okazać – powtarzam, jaki może się okazać – to wyrażenia zgody przez Chiny na zakup większej ilości soi od rolników z Wielkich Równin i większej liczby samolotów od Boeinga.

Żałosne, jeśli tak się nie stanie. Amerykański prezydent spotyka się na szczycie w Chinach, by za wszelką cenę „negocjować”. Jakież to podejrzane. Ale przecież to Trumpster.

„Nie było przełomów, ale nie było też błędów” – donosił „Washington Post” po szczycie. „Xi walczył z administracją Trumpa osiągając remis” – tak brzmiała opinia „The New York Times”. Tak brzmi propaganda najważniejszych amerykańskich dzienników, albowiem prawda o tym, co rzeczywiście się wydarzyło w Pekinie, jest zbyt gorzka, by ją przyjąć.

Łatwo, jak sądzę, słuchać wypowiedzi Xi i traktować je jako papkę w stosunkach transpacyficznych. „Nowa era”, rok 2026 jako „historyczny, przełomowy rok”, „nowy rozdział w stosunkach chińsko-amerykańskich”: OK, OK. Rozumiem to, co mówisz.

To słaba, nieuważna interpretacja tego, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie Pacyfiku.

Xi mówił też, i to nie raz, o pułapce Tukidydesa, tej naukowej koncepcji, zgodnie z którą rosnąca i słabnąca potęga są skazane na wojnę. Nie można tego uznać za bełkot: to było ostrzeżenie. Mówił o „ważnych kwestiach ważnych dla naszych dwóch krajów i świata” i okazywał troskę o potrzebę utrzymania globalnej stabilności.

Kiedy przywódca najdynamiczniejszego mocarstwa świata mówi o potrzebie stabilności przywódcy narodu, który jest najbardziej odpowiedzialny za zagrożenie światowej stabilności– to również nie jest gadulstwo.

Zwróciły moją uwagę odniesienia Xi – i to niejedno – do „współpracy” we wszystkich tych „ważnych kwestiach ważnych dla naszych dwóch krajów i świata”. Posłuchajmy uważnie.

To nie był chiński prezydent pytający Amerykanina, jak ChRL może pomóc przywódcy mocarstwa w utrzymaniu porządku na świecie. Odwrotnie, to był chiński prezydent zapraszający Amerykanina do pomocy, podczas gdy Chińska Republika Ludowa współpracuje z innymi, aby go utrzymać.

Tak historia zmieniła się w zeszłym tygodniu w Pekinie.

Patrick Lawrence

Źródło: Consortium News

O autorze: Patrick Lawrence, wieloletni korespondent zagraniczny, głównie dla International Herald Tribune, jest felietonistą, eseistą, wykładowcą i autorem, którego ostatnio wydał książkę „Journalists and Their Shadows”, dostępną w wydawnictwie Clarity Press lub na Amazonie. Wśród innych książek znajduje się „Time No Longer: Americans After the American Century”. Jego konto na Twitterze @thefloutist zostało przywrócone po latach stałej cenzury.

 

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem

Newsletter

Dołącz do naszego biuletynu i otrzymaj bieżące informacje o naszych działaniach

Wyślij

Kontakt

email : biuro[at]koreus.pl
Przedstawiciel : Andrzej Jędrzejewski - tel. 513 989 601
siedziba: 20-068 Lublin, ul. Leszczyńskiego 23