STOIMY W JEDNYM SZEREGU
Jak niektórzy z Was zapewne wiedzą, zaledwie kilka dni temu konto @IslanderWORLD na „X” zostało zawieszone. Jego zdezorientowanemu właścicielowi nie podano żadnego powodu. Jakiś czas później automat „pomocy technicznej” wyrzucił z siebie gotową odpowiedź – coś w stylu „wielokrotnych naruszeń zasad X” (oczywiście bez podania konkretnych przypadków czy przykładów), po czym front zamilkł i milczy do dziś.
Takie przejawy bezwstydnej, bezczelnej cenzury nie dotyczą wyłącznie „X”. W rzeczywistości problem, z którym się mierzymy, jest znacznie poważniejszy. Wszędzie i na każdej platformie – czy to w przestrzeni internetowej, w realnej polityce, czy w środowisku akademickim – indywidualne głosy poszukiwaczy prawdy są uciszane i niszczone, gdy cenzura wyłapuje je jeden po drugim. Wymówka? Cóż, obawiam się, ale aparat ma już dość wymówek: dziś nie uważa za konieczne, by się tłumaczyć, nawet powierzchownie. Kilka lat temu można by się jeszcze spodziewać jakiegoś pozoru usprawiedliwienia, jakkolwiek fałszywego, jakkolwiek powierzchownego, a przynajmniej symbolu rzetelnego procesu, ukłonu w stronę subtelności „wolności słowa” i „rządów prawa”, których pojęcia, jakkolwiek sprofanowane i zniesławione w rzeczywistości, wciąż były nominalnie podtrzymywane. Dziś jednak nadzorujący nas techno-klaster nie uważa nas za godnych pretekstów. Nie znoszą nawet starego, dwulicowego techno-bełkotu o „mowie nienawiści” i „dezinformacji”. Obecna cenzura jest szyderczo powściągliwa, jej uśmiechnięte kpiny milczą, a jednak sedno przekazu brzmi głośno i wyraźnie: „Uciszamy was. Dlaczego? Bo możemy”.
I to, moi przyjaciele, musi się skończyć!
Źródło i odpowiedź
„Czy da się to powstrzymać? Przecież mamy do czynienia z ważnymi graczami, z grupami interesów, pieniędzmi i wpływami przekraczającymi wszelkie wyobrażenia chciwości, z operacjami pod przykrywką, z mrocznymi mocami, siłami i sojuszami wykraczającymi poza wszelkie wyobrażenia!” – brzmi kontrargument. I, szczerze mówiąc, mam tego dość, robi mi się niedobrze od tych wszystkich wyczarowanych widm apokaliptycznych przepowiedni. Bełkotliwe duchy „światowej kabały”, mroczni czarodzieje w swoich wieżach, źli geniusze obsługujący niewysłowioną maszynerię – większość, jeśli nie wszystko, to po prostu bzdura.
Widzicie, drodzy przyjaciele, choć zło jest całkowicie realne, to w zdecydowanej większości mamy do czynienia z po prostu starym, naturalnym, ludzkim złem. Nasi współcześni cenzorzy i ciemiężyciele nie są nadprzyrodzonymi ani magicznymi istotami – niewysłowionym sabatem magów, którzy przewodzą tajemnicom jakiejś przerażającej, bezcielesnej techno-magii, o nie. Są, jeśli spojrzeć na nich trzeźwo, ale bandą eleganckich, chciwych, przestraszonych korporacyjnych handlarzy, kryjących się za stertą papierów prawnych, rachunków i ochroniarzy. To mali, mierni, przypominający chrząszcze ludzie, a wszelkie moce, jakie posiadają, pochodzą głównie z tego, że im je daliśmy.
Z pewnością to ich chciwość, ich złośliwość, ich głupota, ich zdrada i nienaturalna ludzka nienawiść ożywiają większość naszych obecnych problemów. Ale z pewnością, drodzy przyjaciele, to toksyczny narkotyk lenistwa pozwala na ożywienie zła. Społeczna i kulturowa trucizna lenistwa, po części jako narcystyczny indywidualizm, po części jako zwykła moda, była przyczyną wielu bolączek, przeszłych i obecnych. J.R.R. Tolkien, wiecznie mądry gawędziarz, tak jak opisał odrodzenie się nadprzyrodzonego zła w swoim pięknym dziele fikcyjnym, wskazał prosto na jego źródło: „Lecz siła Gondoru zawiodła, ludzie spali, a wieże przez długie lata stały puste. Potem Sauron powrócił”. Ludzie spali – oto źródło! I nawet gdy naturalne zło wkrada się do nas dzisiaj, w naszym żywym królestwie rzeczywistości, wielu ludzi pogrąża się w wygodnym śnie, zatrutych lenistwem.
Przechodząc wprost do naszego obecnego problemu: jeśli otrząśniemy się z tego letargu, jeśli odzyskamy dany nam przez Boga rozum i siłę, będziemy mogli rozbroić aparat cenzury z względną łatwością. Moim zdaniem potrzebujemy przede wszystkim jedności – i to nie tylko w retoryce, ale sformalizowanej jedności, stowarzyszenia, ligi, bractwa, sojuszu, związku – czegokolwiek! Musi to być zorganizowana struktura otwartego oporu, w której poszukiwacze prawdy stoją ramię w ramię, dłoń z dłonią.
W tej chwili jesteśmy izolowani, wybierani jeden po drugim i wymazani. A ponieważ pozostajemy izolowani, ta idiotycznie prosta cenzura działa! Zorganizowana jedność zrobi różnicę: gdy ktoś z nas zostanie wybrany i wymazany, inni natychmiast się zjednoczą i zjednoczą: wszyscy członkowie ligi poszukiwaczy prawdy, niezależnie od wielkości czy zasięgu swojej publiczności, mówią głośno, rozpowszechniają informacje i, co ważne, oddają stłumiony głos opinii publicznej! I właśnie w ten sposób cenzura zawodzi: uciszony członek powraca bez żadnej zwłoki, a jego nowa platforma jest wzmocniona i wzmocniona rosnącym poparciem.
Moim zdaniem powinno to zostać zrobione dawno temu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak łatwo jest to zrobić. Do wdrożenia takiego planu potrzebna jest w zasadzie ludzka wola i to wszystko. Co powstrzymuje poszukiwaczy prawdy, zwłaszcza tych z dużą, rozległą, wielomilionową publicznością i zasięgiem, przed stanięciem w obronie upadłego kolegi? Nic nie stoi na przeszkodzie, by okazać solidarność i zawołać do wszystkich milionów słuchających, tak jak czynił to wielki szwajcarski bohater Arnold von Winkelried w swoich chwalebnych czasach: „Unus pro omnibus, omnes pro uno – Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!”. Zadzierać z jednym z nas? Zadzierać z nami wszystkimi!
E Pluribus Unum (Różnorodność w jedności)
„Zjednoczeni przetrwamy, podzieleni upadniemy” – wiem, że jest to zdroworozsądkowy slogan, ale zdrowy rozsądek, jak powtarzam, jest kamieniem węgielnym wszelkiej mądrości świata. Zapamiętajcie moje słowa: jeśli nie będziemy postępować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, jeśli będziemy uparcie trzymać się z dala, żyjąc każdy w swojej własnej, szczelnej bańce, jeśli będziemy wciąż myśleć o sobie jako o „zbyt dużych, by upaść” lub, przeciwnie, „zbyt małych, by się nimi przejmować” – to wszyscy poniesiemy porażkę, zostaniemy zmiażdżeni i to jest prawda.
Oczywiście, osiągnięcie tej jedności nie jest pod pewnymi względami łatwym zadaniem. Większość z nas jest podzielona geograficznie. Podział geograficzny często powoduje pewien brak zainteresowania, obojętność, zdystansowanie, które przeradza się w formę przygnębiającej nudy: „Och, dlaczego miałbym się przejmować tym, co mówi lub myśli ten facet z Polski/ Hiszpanii /Anglii /Rosji /Słowacji /Niemiec/itp.? Cóz mnie może to obchodzić tu i teraz, w mojej rodzinnej przestrzeni Włoch /Hiszpanii /Mołdawii /Irlandii /Grecji/ itd.” Podobnie, silne głosy z pewnych miejsc mogą budzić większe zainteresowanie, szacunek i uwagę niż inne ze względu na pewien historyczny charakter – rodzaj kulturowego rozmachu, jeśli można tak powiedzieć: „Ten akademik z Cambridge wie, o czym mówi, a ten drugi bezczelny koleś z Czelabińska… nie-ach, to tylko jakiś prowincjonalny mądrala z samych krańców cywilizacji, co on w ogóle może wiedzieć?” Pojawiają się też wątpliwości (niestety, często uzasadnione) dotyczące czystości czyichś motywów: „Czy on tak mówi, bo wierzy w to, co mówi, czy po prostu angażuje się w działalność charytatywną lub łechce swoje internetowe ego?”.
Uwaga, nie próbuję tu wysuwać oskarżycielskiego argumentu o „nierówności” czy braku rozsądku! Mówię tylko, że takie zastrzeżenia, takie wątpliwości, rzeczywiste czy urojone, muszą zostać przezwyciężone, bo inaczej będzie za późno: albo nauczymy się zjednoczyć i wspólnie stanąć w obronie naszych wolności, albo elita technokratycznych menedżerów będzie nami rządzić ze swoim neofeudalnym światopoglądem i niemoralną cenzurą.
E Pluribus Unum
„Zjednoczeni przetrwamy, podzieleni upadniemy” – wiem, to zdroworozsądkowy slogan, ale zdrowy rozsądek, jak powtarzam, jest kamieniem węgielnym wszelkiej mądrości świata. Zapamiętajcie moje słowa: jeśli nie będziemy postępować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, jeśli będziemy uparcie trzymać się z dala, żyjąc każdy w swojej własnej, szczelnej bańce, jeśli będziemy wciąż myśleć o sobie jako o „zbyt dużych, by upaść” lub, przeciwnie, „zbyt małych, by się nimi przejmować” – to wszyscy poniesiemy porażkę, zostaniemy zmiażdżeni i to jest prawda.
Oczywiście, osiągnięcie tej jedności nie jest pod pewnymi względami łatwym zadaniem. Większość z nas jest podzielona geograficznie. Podział geograficzny często powoduje pewien brak zainteresowania, dystans, zdystansowanie, które przeradza się w formę przygnębiającej nudy: „Och, dlaczego miałbym się przejmować tym, co mówi lub myśli ten facet z Hiszpanii/Anglii/Rosji/Słowacji/Niemiec/itp.? To mnie prawie nie obchodzi tu i teraz, w mojej rodzinnej przestrzeni Włoch/Hiszpanii/Mołdawii/Irlandii/Grecji/itp.” Podobnie, silne głosy z pewnych miejsc mogą budzić większe zainteresowanie, szacunek i uwagę niż inne ze względu na pewien historyczny charakter – rodzaj kulturowego rozmachu, jeśli można tak powiedzieć: „Ten akademik z Cambridge wie, o czym mówi, a ten drugi bezczelny koleś z Czelabińska… nie-ach, to tylko jakiś prowincjonalny mądrala z samych krańców cywilizacji, co on w ogóle może wiedzieć?” Pojawiają się też wątpliwości (niestety, często uzasadnione) dotyczące czystości czyichś motywów: „Czy on tak mówi, bo wierzy w to, co mówi, czy po prostu angażuje się w działania charytatywne lub łechce swoje internetowe ego?”.
Uwaga, nie próbuję tu wysuwać oskarżycielskiego argumentu o „nierówności” czy braku rozsądku! Mówię tylko, że takie zastrzeżenia, takie wątpliwości, rzeczywiste czy urojone, muszą zostać przezwyciężone, bo inaczej będzie za późno: albo nauczymy się zjednoczyć i wspólnie stanąć w obronie naszych wolności, albo elita technokratycznych menedżerów będzie nami rządzić ze swoim neofeudalnym światopoglądem i niemoralną cenzurą.
Jeśli więc nie podejmiemy działań i zamiast tego pozostaniemy w nihilistycznym duchu naszej nowoczesności, każdy na swoim pasie, to… to będzie oznaczało, że nie traktujemy tego poważnie. To oznacza, że całe nasze poszukiwanie prawdy będzie albo amatorskim idealizmem, albo po prostu pustym oddechem i sofizmatem – bezużyteczną farmą wiatrową zbudowaną na fundamencie obojętności i egoizmu. Rezultatem całej naszej aktywności (jeśli można to nazwać „efektem”) byłby jedynie internetowy szum, burza w wirtualnym imbryku, a ja osobiście niczego takiego nie chcę. Lepiej być pustelnikiem na pustyni niż internetowym demagogiem.
A cenzorzy, ci sami gadatliwi i kpiący aparatczycy, och – mieliby boską rację! Obecnie uważają nas za bandę bezzębnych wścibskich, żądnych władzy paplanin (jak wyobrażają sobie wszyscy poza ich „namaszczoną” grupą), ale jeśli nie będziemy działać zgodnie z naszymi słowami, to tylko przyznamy tym szatanom rację. Mam tylko nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Podsumowując, aby ocalić i uratować to, co kochamy i cenimy – ukochany ideał otwartego społeczeństwa, obdarzonego prawdą, uczciwością i wolnością słowa, musimy podjąć natychmiastowe działania, działania, które mogą wydawać się „niewykonalne”, a nawet „nie do pomyślenia” w tym dusznym klimacie lenistwa, nihilistycznego indywidualizmu, popisywania się i dekadencji. Nasz przypadek to w istocie odwieczny przypadek wolnomyślnej ludzkości, historia każdego sprzeciwu wobec tyranii, manipulacji, przymusu i oszustwa. Nasz przeciwnik nie jest magiem, geniuszem ani czarodziejem – to gburowaty oszust, hultaj i łotr, który mieni się królem. A jeśli naszym ojcom i dziadom udało się zrzucić jarzmo takiej fałszywej władzy królewskiej, dlaczego nam nie miałoby się to udać? Dlaczego ci doktrynerscy centraliści mieliby wygrać, skoro jest tyle sposobów, by ich pokonać? Sprawmy, by przegrali, drodzy przyjaciele. Stańmy razem i z wielką odwagą i szlachetnym blaskiem naszych dusz stawmy im czoła. Naprzód, naprzód!
2026 The Islander Reports
548 Market Street PMB 72296, San Francisco, CA 94104
10 kwietnia 2026